Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niesamowite Miejsca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niesamowite Miejsca. Pokaż wszystkie posty

środa, 28 sierpnia 2019

Kupił domek letniskowy na odludziu i ....

Znajomy autora zdjęć posiada letni domek w Karelii. Jak to bywa w dzikich ostępach, domek jest pozbawiony kanalizacji, a rolę toalety pełni wychodek. Właściciel opowiada, że kiedy kupili działkę, dziura była już zrobiona, wystarczyło postawić sławojkę. Okazało się, że dziura nie jest tym, czym sądzili...

#1.


Któregoś dnia ktoś z korzystających z wychodka zapomniał zamknąć za sobą drzwi. Kiedy uderzył podmuch wiatru drzwi odpadły, ale jednocześnie wewnątrz musiał powstać silny ciąg. Kiedy urlopowicze zajrzeli do środka, zamiast spodziewanego widoku dołu wypełnionego gównem ujrzeli głęboki tunel.

#2.


Zwalczając w sobie obrzydzenie przed zejściem tam, gdzie jeszcze niedawno załatwiali potrzeby, ciekawscy poszukiwacze ubrali się odpowiednio, zabrali aparat ze statywem i zeszli na dół.

#3.


Tunel prowadził zaskakująco głęboko. Ciemna ziemia ustąpiła miejsca zimnym skałom, a na samym dnie, gdzie komin łączył się z poziomym korytarzem, można było zauważyć lodowe sople, mimo że wyprawa miała miejsce w lipcu.

#4.


Miejscami zamiast lodu znajdowała się zwykła woda...

#5.


...aby kawałek dalej ponownie zmienić się w lód.

#6.


W jednym z pomieszczeń natrafiono na dziwną wannę.

#7.


Woda zakrywała stare narzędzia i torowisko.

#8.


Teraz wszystko było jasne - tunele były pozostałością po starej kopalni.

#9.




#10.




#11.


Miejscami lód pokrywał ściany i strop tak grubą warstwą, że poruszanie się było możliwe jedynie przy głębokim pochyleniu się lub na kolanach.

#12.




#13.


Na końcu długiego tunelu znajdowało się znacznie większe pomieszczenie z pozostałościami windy prowadzącej na powierzchnię.

#14.




#15.


Tunele sięgały jeszcze daleko.

#16.




#17.


Bliżej powierzchni tunele były w lepszym stanie, a lód znikał.

#18.


Ale w drodze powrotnej ponownie trzeba było się przedzierać przez lodowcowe klimaty.

#19.




#20.


Źródło: http://lana-sator.livejournal.com/124444.html

piątek, 16 sierpnia 2019

Wygląda jak wielki tor Hot Wheels

Jeśli kiedykolwiek mieliście ochotę doświadczyć wrażeń z kolejki górskiej nie wysiadając z samochodu, to koniecznie musicie przejechać przez most Eshima Ohashi w Japonii.


Most przecina jezioro Nakaumi i łączy miasta Matsue i Sakaiminato. Ma 1,7 km długości i 11,3 m szerokości.



Jest to trzeci największy most ramowy na świecie.



Z daleka robi wrażenie tak stromego, że podjechanie wydaje się niewykonalne.



Nachylenie wzdłużne nawierzchni od strony prefektury Shimane wynosi 6,1%, a od strony prefektury Tottori 5,1%.



Niesamowite wrażenie po części wynika z perspektywy ujęcia, most widziany z boku robi trochę mniejsze wrażenie, choć nadal jest stromy.

czwartek, 11 lipca 2019

Nietypowy hotel w Hoogwoud


W dzisiejszych czasach hotelarze prześcigają się w pomysłach na zagospodarowanie miejsca noclegowego. Hotel nie służy nam już tylko do wypoczynku czego przykładem jest pewien ośrodek w Holandii.
Miasteczko Hoogwoud leży na północy Holandii i zamieszkiwane jest zaledwie przez nieco ponad trzy tysiące mieszkańców. Jednymi z nich są Frank i Irma Appel, którzy założyli tu hotel o nazwie Controversy Tram Hotel. Nie jest to jednak zwykła noclegownia. Zamiast zwykłych budynków mamy tutaj różne środki transportu. Na terenie ośrodka znajdziemy między innymi tramwaje, samolot odrzutowy, autobus, samochody, a nawet statek kosmiczny.
Pokoje dla klientów znajdują się w tramwajach, które zostały tutaj ściągnięte z Niemiec i Amsterdamu. Mimo, że od zewnątrz wyglądają jak pojazdy, które widzimy na co dzień to od środka zostały one przekształcone w nowoczesne pensjonaty posiadające pełny węzeł sanitarny i dobrze wyposażony aneks kuchenny. Z racji tego, że na terenie hotelu mamy cztery takie środki transportu każdy z nich został wyposażony w innym stylu kulturowym. W związku z tym mamy tutaj pokój w stylu włoskim, amerykańskim, francuskim i angielskim.
Także i dom właścicieli jest niezwykły. Znajduje się bowiem w piętrowym angielskim autobusie. Ktoś kto nie jest ulubieńcem aktywnego spędzania wolnego czasu może się udać do ... statku kosmicznego, w którym mieści się biblioteka ośrodka.
Doba w Controversy Tram Hotel kosztuje około osiemdziesięciu dolarów. Niemniej jednak, aby zobaczyć ten niezwykły ośrodek od wewnątrz nie musimy decydować się na nocleg, ponieważ na teren hotelu organizowane są liczne wycieczki.
źródło: www.controversy.nl

sobota, 6 lipca 2019

Gigantyczny dom na drzewie

Wielu z nas w młodości marzyło o domku na drzewie. Jeśli nawet nasze marzenia się spełniły i mieliśmy w pobliżu swój domek to daleko mu było do tego jaki znajduje się w stanie Tennessee, w Stanach Zjednoczonych.
Horace Burgess mieszka nieopodal Crossville i swój dom na drzewie buduje już od 20-stu lat. "Dom" na pewno nie jest tutaj wyrażeniem na wyrost ponieważ jest to ogromna budowla. Obecnie ten nietypowy dom, którego podwaliną jest 25-cio metrowy dąb ma około 30-stu metrów wysokości. Zawiera on w sobie aż 11 pięter. Oprócz pokoi, których jest tutaj mnóstwo mieści on w sobie między innymi boisko do koszykówki i kaplicę, której z jednego powodu nie mogło zabraknąć.
Jak już zostało wspomniane budowla tego gigantycznego domu zaczęła się 20 lat temu. To właśnie w 1993 roku jak twierdzi Burgess objawił mu się Bóg i nakazał wzniesienie takiej konstrukcji. O materiał na budowę główny zainteresowany miał się nie martwić ponieważ stanowić go miały deski z rozbieranych stodół, szop i spadające z obecnego tutaj dębu konary. Tak też jest i mimo, że na dotychczasową budowę Horace wydał około 12 tysięcy dolarów to większość budulca pochodzi z rozbiórki. Jednym z wyjątków są tutaj gwoździe, których do tej pory użyto około 258 tysięcy.
Mimo tego, że autor tego projektu w dalszym ciągu rozbudowuje swój domek już teraz licznie odwiedzają go turyści. Obecnie tygodniowo jest ich około 700 i ich liczba szybko rośnie. Oprócz samej budowli do zobaczenia jest także i ogród, który prowadzony jest przez żonę Burgessa. Najlepiej jest go podziwiać z ostatniego piętra budynku. Wówczas patrząc na ogród widzimy napis Jezus, który tworzą rosnące tam kwiaty.
W Stanach Zjednoczonych Horace Burgess został ochrzczony drugim Noe.

piątek, 26 kwietnia 2019

Szukasz pracy i masz dość ludzi?

Tak, są ludzie, którzy energię czerpią z kontaktu z innymi i kochają pracę w zespole i pośpiechu. Ale jest też druga strona medalu - ci, którym lepiej egzystuje się w ciszy i względnej samotności. I oto w lutym br. pojawiła się na rynku wymarzona oferta dla tych drugich - propozycja przeprowadzenia się do najbardziej odległego lądu na Ziemi.

Tristan da Cunha to malutka wyspa leżąca po środku południowego Atlantyku, oficjalnie uznana za najbardziej odizolowany zamieszkały ląd na globie i właśnie tam szukali kogoś na stanowisko doradcy rozwoju rolniczego.


Wyspa leży ok. 2400 km od wybrzeży południowej Afryki i 3200 km od Ameryki Południowej. Ma ona średnicę ok. 11 km i powierzchnię niecałych 100 km2. Na wyspie znajduje się jedna osada, którą zamieszkuje ok. 300 osób, położona u stóp wulkanu o wysokości 2060 m. Odcięcie od świata potęguje fakt, że nie ma tam żadnego lotniska, a jedyny kontakt ze światem zewnętrznym zapewniają statki. Stałe połączenie obejmuje jedynie osiem rejsów rocznie do Afryki.



Poza ludźmi wyspę zamieszkują dosłownie miliony egzotycznych ptaków, a również kilka gatunków albatrosów i pingwinów. Nawet owiec jest tam więcej niż ludzi - 500 sztuk.



Gospodarka Tristan da Cunha opiera się na dwóch głównych filarach - handel łowionymi tu rakami i homarami oraz dystrybucja unikalnych drukowanych tu znaczków. Aktualnie na wyspie uprawia się jedynie ziemniaki, ale od nowego pracownika wymaga się rozpoczęcia upraw owoców, warzyw i w miarę możliwości innych roślin uprawnych.



Poza pensją oferta obejmowała pracę na łonie przyrody, pokrycie kosztów podróży, zamieszkania i wyżywienia. Zainteresowane osoby musiały się wykazać wiedzą o nowoczesnym leczeniu zwierząt hodowlanych, zasadach upraw na polach z rotacją uprawianych gatunków roślin, doświadczeniem w tworzeniu i utrzymaniu sadów, szklarni oraz wszelkimi innymi dziedzinami przydatnymi osobie odpowiedzialnej za wszystko co się uprawia lub hoduje na wyspie.



Umowa miała być podpisana na dwa lata i raczej nie można liczyć na świąteczny urlop czy odwiedziny znajomych w czasie lata. Rejs z Afryki do Tristan da Cunha trwa sześć dni. Poza pracą można jednak liczyć na wiele rozrywek, znajdziemy tu między innymi basen, centrum turystyczne, pub, kawiarnię i salę taneczną.

Źródło:http://www.theplaidzebra.com/the-worlds-most-isolated-island-paradise-wants-to-pay-you-to-live-there/

czwartek, 20 września 2018

Opuszczone miejsca Podlasia

Miało zacząć się jak każda inna wyprawa. Przygotowanie sprzętu, wyznaczenie trasy i w drogę. Na miejscu mieliśmy konkretny obiekt, o którym wiedzieliśmy już co nieco, lecz każdy odwiedzony budynek pozostawiał więcej pytań niż odpowiedzi.


Pierwszy raz zajechaliśmy tam w dość gorący dzień tylko po to, by się jakoś rozeznać i zrobić wstępne oględziny. Temperatura dużo powyżej 30 stopni i wilgotność sprawiała, że po trochę ponad godzinie człowiek chciał wracać do klimatyzowanego samochodu i już z niego nie wychodzić. Zdjęcia wychodziły prześwietlone przez bardzo ostre światło, wysoka wilgotność także odbiła swoje piętno.


Majątek Kurowo, bo o nim mowa, znajduje się w okolicach Białegostoku. Zaraz obok siedziby Narwiańskiego Parku Narodowego. Pierwsze wzmianki, jakie pojawiają się w kronikach sięgają XV wieku. O samej historii do XIX wieku nie ma co się rozpisywać, bo były to jedynie majątki gospodarcze, a kroniki rzucają na zmianę o tym kto i w jakich latach posiadał te ziemie, kto po kim odziedziczył i ile żywego inwentarza w oborach było. Jedynie czytając punkt po punkcie, stworzył się pewien dziwny niuans w tym wszystkim. Majątek jak szalony przechodził z rąk do rąk na przestrzeni dziejów. W jednym stuleciu potrafił zmieniać właścicieli od kilku do kilkunastu razy.


Pora zatem podejść do miejsca drugi raz na spokojnie, pogoda lekko deszczowa, lecz lepsze to niż upał i wilgoć. Mieliśmy już po pierwszej wyprawie pomysł gdzie się poruszać, co zobaczyć i jak się tam dostać. Na poprzedniej wyprawie po drodze natrafiliśmy na mały dwór niszczejący wśród drzew, czerwona cegła, gęsto zarośnięty i popadający w ruinę. Zaraz obok niszczejący, choć ogrodzony budynek wybudowany na początku XX wieku, który służył jako młyn mechaniczny.

W tym momencie zapaliła się pierwsza lampka w głowie. Jak rozległy jest folwark? Zabudowania te są oddalone o około kilometr od głównego pałacu. Choć sam młyn jest wspomniany w kronikach, to dworek stojący obok niego już nie. Na planach folwarku zaznaczono młyn, a tego budynku też nie, o co chodzi, czym był ten obiekt?


Cóż, tego stojąc na drodze się nie dowiemy, może w siedzibie parku będą coś o tym wiedzieli, kierujemy się zatem w stronę głównego kompleksu.

Większość zabudowań pochodzi z czasów PRL-u, gdyż po wejściu sowietów z podniszczonych budynków wygospodarowano część na kołchoz. Później i te zostały poniszczone po przejściu frontu i trafiły w ręce Niemców. Ci z kolei wykorzystali te tereny jako źródło zapasów żywności na front wschodni. Jakiś czas po klęsce Niemców na wschodzie front wraca i komunizm już na stałe zawitał do tej posiadłości. Majątek przeszedł w ręce Państwowych Gospodarstw Rolnych i tak już pozostało do lat 80. Ostatecznie przed upadkiem komunizmu wszystko zostaje przekształcone w Park Narodowy i zaniechano wszelkiej działalności rolnej na tym terenie.


Gdy zaparkowaliśmy już w okolicy, zastanawialiśmy się do którego miejsca pójść w pierwszej kolejności, od którego budynku zacząć? Tam, gdzie ktoś nie chce, byś wchodził, ty chcesz wejść najbardziej, wybieramy zatem budynek, w którym usunięto schody prowadzące na górę, a pozostawiono jedynie stalowe belki, które kiedyś te schody podtrzymywały.


Na górze pustka, ale przyzwyczailiśmy się do niej, gdyż szabrownictwo urosło do takiego stopnia, iż niedziałająca od kilkunastu lat cegielnia, jaką odwiedziliśmy wcześniej, wygląda bardziej jak niedokończony pustostan niż prężnie działający zakład jeszcze kilka lat temu. Pierwsze pomieszczenie nie stwarzało jeszcze niepewności w poruszaniu się, lecz gdy weszliśmy do drugiej części, zamiast wylanego betonu pod stopami mieliśmy deski, które uginały się pod nami. Nie ma co ryzykować, decydujemy się na poruszanie po miejscach, gdzie widzimy gwoździe. Do czegoś mocniejszego w końcu muszą być przybite. Nie jest źle, bo w tym pomieszczeniu znajdują się również schody do zejścia na dół, więc będzie można zobaczyć, czemu na dole wszelkie drzwi były pozamykane już przerdzewiałymi kłódkami.



Poniżej stały dwie leciwe już maszyny, siewnik i kultywator (tak sądzę, choć na maszynach rolniczych nie znam się aż tak bardzo, więc mogę się mylić). Zastanawia mnie, czemu schowano pod kluczem akurat te dwa, skoro dalej znaleźliśmy jeszcze kilka podobnych stojących w trawie na polu. Miłym zaskoczeniem było jednak to, że ostały się tablice informacyjne z tamtych czasów. Można było jednak poczuć choć w małym stopniu klimat tamtego okresu.




Jednym z najlepiej zachowanych miejsc świadczących o przeszłości tego kompleksu jest najmniejszy i najbardziej niepozorny z nich. Waga dla ciężarówek. Zachowały się chyba wszystkie elementy mechanizmu w środku, lecz choć próbowaliśmy jakoś wpłynąć na wskazania, to nie drgnęła. Cóż, wszystko jednak jest przerdzewiałe i nie jest w użytku już od około 30 lat, zatem nie ma co się dziwić.




Trafiamy dalej do ruin jednego z budynków i tutaj o dziwo zatrzymaliśmy się przy jednej ścianie. Gdyby ktoś nas wtedy zobaczył, zapewne uznałby za dziwaków stojące osoby, patrzące na ścianę i żywo dyskutujące o tym, co widzą. Jednak był to zadziwiający fragment, biorąc pod uwagę, że w 1939 był to jeszcze majątek ziemski, który był gospodarowany przez konkretnego właściciela, następnie został częściowo zniszczony i przekształcony na kołchoz, następnie znów zniszczony, by ostatecznie powstał w tym miejscu PGR. W ścianie o długości może pięciu metrów widać było trzy różne budulce, które uzupełniały ubytki. Największa część ściany została wykonana z kamienia, która była następnie załatana czerwoną cegłą, by jeszcze później ta czerwona cegła była załatana białą cegłą. Z białej cegły i białych pustaków była wykonana większość budynków. Tylko jeden był z czerwonej cegły. Jeżeli dobrze myślałem, to można było wskazywać co pochodzi z okresu szlacheckiego, co wybudowano za czasu kołchozu, a co za czasów PGR-u.




Na szybko przeszliśmy jeszcze dwa zabudowania, które były jedynie otwartymi magazynami. Zupełnie pustymi budynkami. Przyciągnęły nas jednak pewne ruiny budynku, który wyglądał na mieszkalny, choć już zdewastowany doszczętnie. Bez dachu, bez okien i z gęstą roślinnością w środku. Przyznam szczerze, że liczyliśmy na ten budynek najbardziej, gdyż mogły tam jeszcze pozostać jakieś niepotrzebne rzeczy osobiste, które ludzie pozostawili twierdząc, że już to się im do niczego nie przyda.

Takie rzeczy jednak opowiadają pewną historię, gdy je przeglądasz. Gdy tylko zbliżyliśmy się do budynku, pojawiło się kilka os, które ciągle latały przy głowie i nie chciały się za nic odczepić. Z każdym kolejnym krokiem tych os stawało się coraz więcej i latały jeszcze bliżej twarzy, co jednak trochę nas zniechęciło, by zaglądać do środka. Gdzieś tam musiało być całkiem spore gniazdo, patrząc na ilość tych, które wyleciały do nas. Zrobiliśmy jedynie kilka zdjęć z zewnątrz, choć w planie jest zajrzeć tam w zimniejsze dni, gdy będziemy przejeżdżać przez te tereny gdzieś dalej.




Kolejny budynek do jakiego zajrzeliśmy wyglądał jak swego rodzaju „budynek socjalny” dla pracowników. Stał piec do gotowania i było tylko jedno dodatkowe pomieszczenie poza kuchnią. Podczas pierwszej wyprawy zrobiłem zdjęcie tabliczce wiszącej na drzwiach wejściowych, lecz przy drugiej jej już nie było. Zatem ktoś tutaj znów nabroił pod naszą nieobecność i usunął kolejne małe, choć dające jakiś pogląd o tym miejscu pamiątki.



Za pierwszym razem odbiliśmy się od drzwi siedziby parku i nie zastaliśmy nikogo w środku. Przy drugiej zauważyliśmy podjeżdżający autokar, więc stwierdziliśmy, że skoro przyjechała wycieczka zorganizowana, to i kogoś zastaniemy z pracowników.


W środku udało się nam przez chwilę porozmawiać z kobietą w informacji turystycznej i ona sama powiedziała, że mimo iż to ich teren, to w zasadzie niewiele o nim wiedzą. Były tylko jakieś dwie tablice informacyjne na korytarzu. Całą rozmowę przerwała kobieta, która urwała się z wycieczki. Podeszła i zapytała, co mają w sprzedaży, gdy usłyszała magiczne słowo, które padło z ust pracowniczki centrum informacji, odwróciła się do koleżanek, wypalając dość głośno:
- Ej, dziewczyny. Tu mają MAGNESY NA LODÓWKĘ w sprzedaży!

Tłum ruszył, przeważył nasze poczucie bezpieczeństwa i postanowiliśmy ulotnić się z pomieszczenia, zanim fala kółka gospodyń wiejskich nas zaleje. Korzystając z okazji, że całe pomieszczenie było po brzegi wypełnione rozentuzjazmowanym tłumem, postanowiliśmy zwiedzić całe muzeum wraz z wieżą widokową i w sumie do tej pory nie wiemy, czy te atrakcje były płatne, czy nie.

Po więcej zdjęć oraz opowieści z wypraw zapraszamy standardowo na nasz profil facebookowy.


Autor: ParalitykDance
Źródło: https://www.facebook.com/UrbanExplorersBialystok