Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 24 czerwca 2019

Jak wygladały Polskie miasta w PRL'U 3

1# Andrychów
Miasto u podnóża Beskidu Małego. Prawa z 1704 r. Ośrodek przemysłu bawełnianego i maszynowego.
Rynek – fragment
(1986, fot. Z. Łagocki)

 2# Gołdap
Fragment Placu Zwycięstwa
 (1969)

3# Ciechocinek
Uzdrowisko od 1836 r. położone na Kujawach w dolinie Wisły.
Tężnia solankowa (zespół drewnianych tężni solankowych z at 1827-1859 proj. Jakub Graff, bud. Karol Knake).
(1989, fot. L. Surowiec – KAW)

4# Kudowa Zdrój
Hotel „Kosmos”
(1989, fot. S. Jabłońska)

5# Duszniki Zdrój
Fragment parku zdrojowego
(1972, fot. P. Krassowski)

6# Chełm 
Nowe osiedle mieszkaniowe
(1968) 

7# Łódź
Ulica Piotrkowska
(1978, fot. J. Roman)

8# Mielno
Pawilon handlowy przy ul. Chrobrego
(1982)

9# Sulęcin
Plac Czarneckiego
(1985) 

10# Ciechanów
Fragment Rynku
(1969, fot.K. Kaczyński)

 

czwartek, 20 czerwca 2019

Jak wygladały Polskie miasta w PRL'U 2

1# Fromborg
Gotycka katedra z XIV w. i fragment murów obronnych z XIV-XVI w.
(1973, fot. P. Krassowski)

 2# Kielce
Kino „Romantica”
(1973, fot. K. Jabłoński)

3# Zamość
Hotel „Renesans”
(1976, fot. R. Dudkiewicz)

 4# Kock
Fragment miasta
(1988, fot. E. Baranowska)

5# Krynica
Muszla koncertowa
(1971, fot. P. Krassowski)

 6# Krynica
Herbaciarnia „Przepióreczka” przy ul. Akademickiej
(1981, fot. P. Sawicki)

7# Lublin
Osiedle Lubelskiej Spółdzielni Mieszkaniowej
(1965, fot. P. Krassowski)

8# Jelenia Góra
Fragment nowej dzielnicy mieszkaniowej „Zabobrze”
(1977, fot. L. Surowiec – KAW)

 9# Zielona Góra
Fragment ulicy Bohaterów Westerplatte
(1969, fot. P. Krassowski)

10# Sandomierz
Tzw. Dom Długosza z 1476 r. Z prawej strony Collegium Gostomianum z 1 poł. XVII w. (najstarsze gimnazjum w Polsce)
(1965, fot. K. Kaczyński)
 

poniedziałek, 17 czerwca 2019

Jak wygladały Polskie miasta w PRL'U 1

1# Bytom
Plac Poli Maciejowskiej
(1976, fot. M. Raczkowski)

2# Przemyśl 
Fragment miasta
(1978, fot. J. Siudecki)


3# Skierniewice
Fragment Rynku
(1983, fot. A. Johann i A. Zborski)

 4# Słubice
Prezydium Rady Narodowej
(1970)

 5# Wadowice 
Plac Obrońców Westerplatte
(1972, fot. A. Stelmach)


6# Tychy
Aleja Rewolucji Październikowej
(1980, fot. H. Grzęda)

7# Olsztyn 
Fragment miasta – Wysoka Brama z XIV w., w głębi ratusz.
(1967, fot. A. Kaczkowski, P. Mystkowski)


8# Wrocław
Ulica Grabiszyńska
(1970, fot. K. Jabłoński)

9# Oświęcim 
Rynek
(1980, fot. J. Siudecki)



10# Lubań
Ulica Spółdzielcza
(1979, fot. L. Surowiec)

piątek, 12 kwietnia 2019

Niemiec, który zdezerterował z Wehrmachtu, by… służyć w Armii Krajowej!

 Manfred Zanker miał zostać nazistą, jak ojciec. Syn działacza NSDAP stwierdził jednak, że nie będzie narażał życia dla szaleńca z wąsikiem. Wagarował z zajęć w Hitlerjugend. By uniknąć poboru do armii, próbował uciec do Szwajcarii. Wreszcie zdezerterował z Wehrmachtu i… wstąpił do polskiej partyzantki. Ten życiorys po prostu trzeba znać! 

W moje ręce powierza się wychowanie narodowe Niemców. Już ja się tym zajmę – zanotował w swoim dzienniku Joseph Goebbels w sierpniu 1932 roku. I dotrzymał słowa. Nazistowska propaganda była obecna na ekranach kin, w radiu, teatrze, szkołach, na uniwersytetach.
Jednym ze sposobów na „wychowanie narodu niemieckiego” było też Hitlerjugend, organizacja młodzieżowa związana z partią nazistowską. Dla Oswina Zankera, pełniącego kierownicze stanowisko w partii w Budziszynie, zapisanie syna Manfreda do Hitlerjugend, było kwestią honoru.
"W moje ręce powierza się wychowanie narodowe Niemców. Już ja się tym zajmę" - obiecywał sobie Joseph Goebbels. Słowa dotrzymał (źródło: Bundesarchiv, lic.: CC-BY-SA 3.0).
„W moje ręce powierza się wychowanie narodowe Niemców. Już ja się tym zajmę” – obiecywał sobie Joseph Goebbels. Słowa dotrzymał (źródło: Bundesarchiv, lic.: CC-BY-SA 3.0).

Syn nazisty – pacyfistą

Jak większość Niemców, Oswin Zanker po I wojnie światowej zmagał się z biedą. Dopiero po 1933 roku, gdy naziści doszli do władzy, z obwoźnego handlarza stał się zarządcą dużego domu towarowego. Przepełniała go wdzięczność. Wyobrażał sobie, że syn będzie pomagał w budowie narodowej ojczyzny.
Manfred miał jednak inne plany. Chłopaka nie interesowała służba ani partia nazistowska. Nie dla niego zabawa w wojnę. Wolał godzinami patrzeć na rośliny i zwierzęta. Zbierał motyle. Podobno chciał zostać biologiem.
Manfredowi Zankerowi nie po drodze było z ulizanymi kolegami z Hitlerjugend. Codzienna musztra i stanie w szeregu? To nie jego bajka! (źródło: Bundesarchiv, lic.: CC-BY-SA 3.0).
Manfredowi Zankerowi nie po drodze było z ulizanymi kolegami z Hitlerjugend. Codzienna musztra i stanie w szeregu? To nie jego bajka! (źródło: Bundesarchiv, lic.: CC-BY-SA 3.0).
Z zajęć w Hitlerjugend Manfred notorycznie wagarował. Były to jego pierwsze próby ucieczki przed systemem totalitarnym. Ku rozpaczy ojca, nie popierał hitlerowców. Syn nazisty wyrastał na pacyfistę – wstyd i hańba dla całej rodziny! A to był dopiero początek.

Dezerter i symulant

Oswin Zanker musiał użyć swoich wpływów i pieniędzy, by wybawić jedynaka z opresji. Manfred tłumaczył przed sądem, że chciał przedostać się do Afrika Korps. Po trzech miesiącach do więzienia przyjechał ojciec i zawiózł syna prosto do hufca pracy pod Dreznem.
Tam młody Zanker zdobył reputację największego symulanta. Nacierał termometr i wmawiał wszystkim, że ma gorączkę. Wiedział, że na termometrze nie może być więcej niż 38 stopni, bo wtedy zmienia się puls i lekarz może wykryć oszustwo. Udawał też atak wyrostka robaczkowego, aż skierowano go na operację. Szpital był lepszy niż codzienna musztra.
Zamiast hufca pracy Manfreda skusiła piękna Szwajcaria... niestety, nie udało mu się przekroczyć zielonej granicy. Na fotografii hotele w szwajcarskim Leysin (źródło: domena publiczna).
Zamiast hufca pracy Manfreda skusiła piękna Szwajcaria… niestety, nie udało mu się przekroczyć zielonej granicy. Na fotografii hotele w szwajcarskim Leysin (źródło: domena publiczna).
W połowie 1943 roku, kilka miesięcy po ogłoszeniu przez Goebbelsa wojny totalnej, Manfred został szeregowcem w Batalionie Saperów 154 Dywizji Piechoty. Początkowo stacjonował pod Dreznem, po kilku miesiącach jego batalion przeniesiono w okolice Przemyśla.
Szeregowiec Zanker miał już przećwiczony bogaty repertuar sztuczek. Udawanie chorego szło mu tak znakomicie, że przełożeni wysłali go na dwa tygodnie do sanatorium w Krynicy, gdzie kurował się wraz z żołnierzami rannymi na froncie wschodnim. Tam zaczął uczyć się polskiego.

 W 1942 roku Manfred skończył osiemnaście lat. Armia potrzebowała takich jak on – wyrośniętych, zdrowych młokosów. Otrzymał wezwanie do hufca pracy w okolice Gdańska. Postanowił, że zamiast tego, ucieknie do Szwajcarii przez zieloną granicę. Niemcy go złapali i za próbę ucieczki trafił do aresztu.

 W 1944 roku losy II wojny światowej były już przesądzone. W tym czasie Manfred Zanker stacjonował w koszarach w Sandomierzu i miał przed sobą tylko jeden cel – nie dać się zabić. Jego głównym obowiązkiem było pilnowanie Polaków kopiących okopy. Nie było to zajęcie zbyt angażujące.
Zanker był tak przekonującym symulantem, że trafił nawet do sanatorium w Krynicy! Tu zaczął uczyć się polskiego (źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe, domena publiczna).
Zanker był tak przekonującym symulantem, że trafił nawet do sanatorium w Krynicy! Tu zaczął uczyć się polskiego (źródło: domena publiczna).
Jeden z Polaków mówił bardzo dobrze po niemiecku. Manfred prosił go o pomoc w pisaniu listów do polskiej dziewczyny, która wpadła mu w oko. Uczynny Polak nazywał się Tadeusz Pfeiffer i działał w AK. Podobnie jak jego matka, pani Irena, prowadząca w Sandomierzu stołówkę, do której często wpadał na obiad szeregowiec Zanker.
To właśnie im młody niemiecki żołnierz zaczął opowiadać o swoich wojennych perypetiach, rodzinie, matce, która między wierszami pisała w listach, by nie ryzykował. W Sandomierzu, po raz pierwszy od czasów historii ze Szwajcarią, zaświtała mu myśl o ucieczce. Tym bardziej, że teraz miał dokąd – okoliczne lasy roiły się od polskich partyzantów, słynnych „Jędrusiów”. Manfred postanowił zostać jednym z nich.
W okolicznych lasach roiło się od partyzantów. Manfred Zanker, syn nazisty, postanowił dołączyć do oddziału "Jędrusiów". Na zdjęciu: Zdzisław de Ville "Zdzich" z oddziału "Jędrusiów" (fotografia pochodzi z archiwum fotograficznego Stefana Bałuka. Źródło: domena publiczna).
W okolicznych lasach roiło się od partyzantów. Manfred Zanker, syn nazisty, postanowił dołączyć do oddziału „Jędrusiów”. Na zdjęciu: Zdzisław de Ville „Zdzich” z oddziału „Jędrusiów” (fotografia pochodzi z archiwum fotograficznego Stefana Bałuka. Źródło: domena publiczna).

Ucieczka do lasu

Akowcy bacznie go obserwowali i zgłosili jego przypadek do swojego szefa – Leona Torlińskiego „Kreta”, który był przed wojną oficerem wywiadu. „Kret” musiał osobiście spotkać Manfreda. Postawił też twarde warunki – zostanie przyjęty do „Jędrusiów”, jeśli przyniesie ze sobą trzy karabiny maszynowe, najnowszy wynalazek Niemców.
Ucieczkę z Wehrmachtu zaplanowano na 13 lipca 1944 roku. Wraz z Manfredem zdezerterowali Ślązak Jerzy Pyka oraz Robert Toman z Lotaryngi. Wszyscy trzej mogli zostać w lesie razem z partyzantami, lecz tylko Zankera przyjęto do konspiracji. Partyzanci nadali mu żartobliwy przydomek „Malutki”, bo miał prawie 2 metry wzrostu.
Żołnierze oddziału "Jędrusiów" z ręcznymi karabinami maszynowymi. Czy to te ukradzione przez Manfreda? (źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe, domena publiczna).
Żołnierze oddziału „Jędrusiów” z ręcznymi karabinami maszynowymi. Czy to te ukradzione przez Manfreda? (źródło: domena publiczna).
Manfred nie rwał się do wojowania. Zapowiedział od razu, że nie będzie strzelać. On chciał po prostu przeżyć wojnę – opowiada Jerzy Lech Rolski, partyzant o pseudonimie „Babinicz”, jeden z ostatnich żyjących „Jędrusiów”. „Malutki” sprawdzał się za to na innym polu.
„Babinicz” wspomina, jak Manfred chodził kraść kury. Partyzanci przeważnie kupowali żywność od chłopów, ale czasem się nie udawało, a jeść było trzeba. Kurom rzucano ziarno maczane w spirytusie, wtedy się przewracały i można było je łatwo złapać do worka. By zaimponować kolegom, Manfred ukradł nawet konia dowódcy oddziału niemieckiego, który kwaterował w pobliskim majątku.
Manfred na pewno dużo lepiej odnajdował się wśród leśnych partyzantów niż w Hitlerjugend. Na zdjęciu: oddział "Jędrusiów" w Lasach Turskich (źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe, domena publiczna).
Manfred na pewno dużo lepiej odnajdował się wśród leśnych partyzantów niż w Hitlerjugend. Na zdjęciu: oddział „Jędrusiów” w Lasach Turskich (źródło: domena publiczna).

Chwile grozy

Do „Jędrusiów” szeregowiec Zanker trafił w najgorszym okresie. Oddziały partyzanckie były już tak liczne, że trudno było im się ukrywać. Nad świętokrzyskimi lasami często krążyły samoloty niemieckie. Jerzy Lech Rolski wspomina, jak granat niemiecki wpadł do garnka, w którym gotowano kaszę. Wielu partyzantów ucierpiało wówczas od poparzeń.
Największe chwile grozy Manfred przeżył, gdy po zachorowaniu na czerwonkę przebywał na rekonwalescencji w Białym Ługu. Niespodziewanie do majątku przybyli Niemcy. Na szczęście nie mieli pojęcia, że ukrywa się tam dezerter poszukiwany listem gończym. „Malutki” udawał robotnika. Gdy żandarmi legitymowali po kolei wszystkich Polaków, Manfred pokazał dokument stwierdzający, że jest wysiedleńcem z Warszawy.

W styczniu 1945 roku „Jędrusie” złożyli broń. Armia Krajowa została rozwiązana. Zanker był blisko osiągnięcia swojego celu – przeżycia wojny. Ale sytuacja znów się skomplikowała. Nie mógł przyznać się przed Sowietami, że jest Niemcem. Nie najlepszym posunięciem było też przyznanie się do działalność w AK.
Ostatnie zdjęcie dawnego oddziału "Jędrusiów", wówczas już 4 kompanii 2 batalionu 2 Pułku Piechoty Legionów Armii Krajowej, wykonane przed rozwiązaniem oddziału w Lasach Siekierzyńskich (źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe, domena publiczna).
Ostatnie zdjęcie dawnego oddziału „Jędrusiów”, wówczas już 4 kompanii 2 batalionu 2 Pułku Piechoty Legionów Armii Krajowej, wykonane przed rozwiązaniem oddziału w Lasach Siekierzyńskich (źródło: domena publiczna).

Rosyjski szpieg, niemiecki szpieg

Za namową kolegów partyzantów udawał Anglika. Mówił, że pochodzi z Cardiff i jego samolot został zestrzelony. Rosjanie oddali mu więc przysługę i zawieźli do Częstochowy, gdzie przebywali angielscy jeńcy. Tam poproszono go, by wymienił stacje na linii kolejowej Londyn-Cardiff. Manfred nie odpowiedział. Anglicy uznali go za rosyjskiego szpiega i zabrali razem ze swoimi jeńcami do ambasady Wielkiej Brytanii w Moskwie. Tam opowiedział swoją wojenną historię, w którą nikt nie uwierzył.
Trafił do owianego złą sławą więzienia NKWD na Łubiance. Po latach wspominał, że nie było tam tak źle: każdy miał swoje łóżko i pościel. Dawali jeść i nie bili. Ale zagrożenie było jednak wielkie – Rosjanie podejrzewali, że Zanker to szpieg. Tłumaczył, że jest Niemcem z Budziszyna. Udało się to potwierdzić, gdy Armia Czerwona weszła do jego rodzinnego miasta.

Może i nie szpion, ale socjalnoopasnyj (element podejrzany) – zawyrokowali Sowieci – a więc pięć lat łagru na Syberii. Jak wspomina Maciej A. Zarębski, autor książki „Z wizytą u Mafreda”, mogło być gorzej. Szkodliwy element polityczny, szpiegostwo, terror – przy takich zarzutach, kara śmierci murowana.

Siedem lat Sybiru za worek ziemniaków

Manfred trafił w okolice Nowosybirska. Po trzech latach odbywania kary ukradł worek ziemniaków, gdy wracał z pracy w polu. Strażnicy zazwyczaj przymykali na to oko. Ale tego dnia zarządzono kontrolę. Odebrano Manfredowi zdobycz i zasądzono nową karę – rok za każdy ukradziony kilogram. W worku było siedem kilogramów…
Łubianka - obecna siedziba FSB, niegdyś KGB i NKWD w Moskwie. W podziemiach tego budynku zamordowano wielu więźniów politycznych, w tym licznych Polaków. Tu przetrzymywano też podejrzanego o szpiegostwo Manfreda Zankera (źródło: domena publiczna).
Łubianka – obecna siedziba FSB, niegdyś KGB i NKWD w Moskwie. W podziemiach tego budynku zamordowano wielu więźniów politycznych, w tym licznych Polaków. Tu przetrzymywano też podejrzanego o szpiegostwo Manfreda Zankera (źródło: domena publiczna).
Wówczas zapowiadało się, że nie opuści Syberii przed 1957 rokiem. Jednak zwolniono go z łagru w 1953 roku, po śmierci Stalina. Wrócił do rodzinnego domu w Budziszynie, gdzie czekała na niego matka. Ojciec powiesił się w 1945 roku po kapitulacji Niemiec.

Wesoły dziwak Manfred Zanker

Po wojnie Manfred Zanker studiował slawistykę w Berlinie. Został tłumaczem przysięgłym języka rosyjskiego. Języka, którego nauczył się dobrze podczas ośmiu lat spędzonych na Syberii. Przekładał dla Willy’ego Brandta, kanclerza RFN.
Gdyby Oswin Zanker otrzymał takie zdjęcie od syna, pewnie pękł by z dumy. Manfred jednak nie podzielał zachwytu ojca Hitlerem. Na fotografii: niemiecki żołnierz Hans Hoff siedzi na zdobycznym radzieckim czołgu (źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe, domena publiczna).
Gdyby Oswin Zanker otrzymał takie zdjęcie od syna, pewnie pękł by z dumy. Manfred jednak nie podzielał zachwytu ojca Hitlerem. Na fotografii: niemiecki żołnierz Hans Hoff siedzi na zdobycznym radzieckim czołgu (źródło: domena publiczna).
W latach 90. odnowił kontakty z kolegami z lasu. Przyjeżdżał do Polski na spotkania „Jędrusiów”. Szczególnie upodobał sobie sanatorium w Busku-Zdroju, miejscu poleconym przez „Babinicza”. Miał tam opłacony pokój na cały rok, przyjeżdżał bez zapowiedzi i znikał, kiedy chciał. Wśród polskich znajomych uchodził za sympatycznego dziwaka.
Nosił długą brodę jak święty Mikołaj, albo golił ją i zapuszczał wąsy. Farbował sięgające ramion włosy albo golił głowę na zero. Nie przestrzegał pór posiłków, jadł, gdy zgłodniał. Wysyłał paczki z Niemiec – czekolady, figurki porcelanowe, wycinki z gazet – cokolwiek miał akurat pod ręką. Mówił mieszanką polskiego i rosyjskiego. Pięćdziesiąt lat po partyzantce nadal miał nadzieję, że opanuje polski perfekcyjnie – tak jak rosyjski. Zmarł 16 września 2007 roku w Berlinie.


środa, 3 kwietnia 2019

Katastrofa w Rotundzie

Nic nie zapowiadało tragedii, śmierć przyszła w ułamku sekundy, zupełnie niespodziewanie.
rotunda_NAC_04

15 lutego 1979, południe, samo centrum Warszawy. Za pół godziny pierwsza zmiana wielu zakładów kończy pracę, więc chodniki zaczynają wypełniać się tymi, którzy śpieszą, by zdążyć na swoją – drugą – zmianę. Skrzyżowanie Marszałkowskiej i Alej Jerozolimskich jest największym węzłem przesiadkowym w centrum stolicy, a stojąca u zbiegu tych ulic nowoczesna warszawska Rotunda z mieszczącym się w jej wnętrzu bankiem PKO, przyciąga swoim dogodnym położeniem wielu warszawiaków. Ludzie wpłacają i wypłacają, obsługę prowadzi 170 osób, a przy kasach i w kolejkach znajduje się 300 klientów. Wskazówki zegarów zaznaczają leniwie kręgi na tarczach i odmierzają odstane w sznureczku minuty. Jest 12:37.

Czas staje w miejscu

Następuje to, czego nikt nie mógł się spodziewać w tym zwykłym dniu: na podziemnym poziomie Rotundy dochodzi do potężnej eksplozji. Temperatura wybuchu sięga 1700°C, a jego siła jest tak wielka, że na ułamek sekundy unosi w górę stropy wraz z klientami i obsługą, by w kolejnym ułamku wszystko zaczęło walić się i opadać. Znajdujące się w budynku kondygnacje zapadają się miażdżąc i raniąc niemal pół tysiąca osób, wiele z nich zostaje uwięzionych w rumowisku.

Fala uderzeniowa sięga także pobliskich budynków, z ich okien wylatują szyby – najwięcej ze stojącego obok wysokiego biurowca. Deszcz tłuczonego szkła spada na oszołomionych przechodniów i tnie bez litości, zagłębiając się w ich ubrania, skórę i tkanki. Rany cięte są o tyle okrutne, że wywołują bardzo ciężkie do opanowania krwotoki, bardzo obfite krwotoki. Śnieg zaczyna barwić się na czerwono, gdy w powietrzu unoszą się pył, bankowe papiery i pieniądze.

rotunda_powybuchu

Zegar ruszył

W powietrzu zaczynają wibrować krzyki bólu i wołania o pomoc. Część przechodniów, nie zważając na zagrożenia, rusza na pomoc. Starają się wyciągnąć z gruzowiska jak najwięcej osób. Czas ucieka. Ktoś dzwoni po pogotowie.

Dyspozytorka z pobliskiego szpitala nie wysyła karetki „do wypadku”, zarządza ją „do wyjazdu”. Załoga w takim przypadku nie śpieszy się bardzo, więc jest krótka chwila na wymianę informacji z dyspozytorką, „Albo to jest jakiś kawał, albo Rotunda wybuchła – w kierunku doktor Julii Borkowskiej-Gomez pada niepewne zdanie. – Niech pani pojedzie, się zorientuje”. Jej załoga pojawia się na miejscu katastrofy już parę minut później.

rotunda_NAC_02

Oczom pani Julii ukazuje się tłum zakrwawionych, biegających i krzyczących ludzi. Na szkielecie popularnej Rotundy wiszą tylko strzępki, a z jej wnętrza wynoszeni są kolejni ranni i zabici. W śniegu na chodnikach leżą ranni i zabici. Po szybkim zlustrowaniu sytuacji rzuciła się do karetki i poprosiła o wsparcie wszystkich załóg z Warszawy. W tej chwili to ona dowodziła akcją ratowniczą i większość rannych zadysponowała do pobliskiego szpitala na ul. Lindleya. Pracownicy szpitala wspominają po latach, że nawet teren przed szpitalem skąpany był w czerwieni, a wszystko przypominało bardziej sceny z filmów czy obraz planu zdjęciowego niż rzeczy, z którymi mogli kiedykolwiek w życiu się spotkać.

Świadkowie zdarzenia wspominają, że widok zgliszczy był makabryczny, z gruzowiska wyzierały elementy konstrukcji, wyposażenia, meble, ludzie ranni, zabici, a w tym rozczłonkowane ciała, poodrywane kończyny.

Piętnaście minut po katastrofie na miejsce zjeżdżają kolejne załogi ratowników, pojawia się także milicja i wojsko. Akcja trwa, pod gruzami mogą znajdować się setki osób. Do pomocy ściągnięto dźwigi.

Ostatnia ranna zostaje wydobyta kilka godzin po wybuchu, ale ratownicy wciąż przeszukują rumowisko. Przejrzenie całości zajmuje im tydzień.

rotunda_archiwum_rp

Czas minął

Ten dzień zapisał się czarną i najbardziej krwawą kartą w powojennej historii miasta, a godzina 12:37 zapadła w pamięć setkom, jeśli nie tysiącom osób.

Jeszcze tego samego dnia w mediach pojawiają się doniesienia o tragicznych wydarzeniach w Rotundzie, Warszawiacy tłumnie gromadzą się w stacjach krwiodawstwa, około 2000 osób oddaje honorowo krew.

Według oficjalnych danych w Rotundzie doszło do wybuchu gazu, a w katastrofie zginęło aż 49 osób, choć przy tym, co na miejscu zobaczyli świadkowie, można uznać, że śmierć była tego dnia i tak łaskawa. Dziś wiemy, że w kolejnych godzinach i dniach na szpitalnych łóżkach umierały kolejne ofiary tej katastrofy.

rotunda_NAC_01

Rotunda zostaje odbudowana jeszcze w tym samym roku.

Przyczyny i wątpliwości

Sprawa do dziś wzbudza wątpliwości, a przebieg wydarzenia sprzyja powstawaniu wielu dodatkowych teorii związanych z przyczynami wybuchu. Przede wszystkim chodzi o to, że w Rotundzie nie było żadnej instalacji gazowej, jak więc mogło dojść do wybuchu gazu ziemnego?

O tym dowiadujemy się z raportu Wojskowej Akademii Technicznej. Mówi on, że doszło do uszkodzenia zaworu znajdującego się w podziemiach w pobliżu Rotundy. Gaz ulatniał się, ale nie mogąc ulotnić się przez zmarznięty z wierzchu grunt, przemieszczał się powoli w niższych warstwach ziemi. Ziemia zadziałała jak filtr i zatrzymała nawaniacz stosowany w tym gazie. W efekcie bezwonny gaz dostawał się do pomieszczeń archiwum pod Rotundą i stamtąd rozprzestrzenił się po całej dolnej kondygnacji. Zapłon miał być spowodowany niedopałkiem bądź iskrą z przełącznika w instalacji elektrycznej. Specjaliści znaleźli wadliwy zawór i dotarli nawet do pracownika, który go montował. Przyznał, że gwinty były zapiaszczone, więc docisnął zawór na siłę, co mogło spowodować jego osłabienie.

W toku śledztwa wykluczono możliwość użycia materiałów wybuchowych.

W bardzo tajemniczych okolicznościach udało się uniknąć śmierci jednej z kobiet znajdujących się w okolicy. Opowiada, że chciała wejść do Rotundy, ale została zatrzymana w drzwiach przez nieznaną sobie kobietę, która krzyczała do niej „uciekaj, uciekaj, ratuj życie”. Nieznajoma zagrodziła jej kilka razy drogę w drzwiach, więc kobieta po prostu odeszła w stronę pobliskiego pasażu, a po przejściu 30-40 metrów usłyszała huk wybuchu. Mówi, że w kolejnych dniach w jej prywatnym mieszkaniu odwiedzali ją milicjanci, którzy wymusili na niej, by nigdy i nikomu nie powtarzała tego, co się wydarzyło w ostatnich minutach przed katastrofą.

Kolejną nieścisłością jest to, że nie sporządzono raportów na temat położenia w rumowisku rannych i zabitych. Te informacje miałyby pomóc w ustaleniu epicentrum wybuchu.

Przez wiele lat istniała także teoria, że w rzeczywistości w Rotundzie zginęło o wiele więcej osób, a licznik zabitych celowo zatrzymał się przed liczbą 50, tak, by do oceny katastrofy nie trzeba było dopuścić zagranicznych inspektorów i komisji. Nie do końca wiadomo skąd takie przekonanie, nie udało się potwierdzić, żeby takie międzynarodowe konwencje rzeczywiście istniały.

Kolejną zagadką jest to, co stało się z pieniędzmi z Rotundy. Wiemy z relacji świadków, że wiele osób zbierało znajdujące się w miejscu wypadku pieniądze. Napychali sobie nimi całe torby. Główny sejf raczej nie powinien ucierpieć na skutek wypadku, jednak po dziś dzień bank PKO nie wydał oficjalnego komunikatu na temat ilości utraconych w tej katastrofie pieniędzy. Wiemy tylko, że bank nie obciążył stratami klientów, których pieniądze znajdowały się wtedy w placówce.

Tajny raport

Po wydarzeniach powstaje też dodatkowy raport dla najwyższych dygnitarzy, który odnajduje się po latach w dokumentacji przechowywanej w IPN.
„Z raportu wynika, że katastrofę spowodowały nie tylko nieszczęśliwy splot zdarzeń i zima stulecia. Winna była władza. Do katastrofy nie doszłoby, gdyby nie bałagan i zaniedbania. Trzy lata wcześniej z powodu migracji gazu podobna eksplozja miała miejsce w Gdańsku. Zginęło 17 osób, ale nikt nie wyciągnął z tego wniosków” - dr Antoni Dudek, IPN


Mimo wszystko nikt nie zostaje pociągnięty do odpowiedzialności.

rotunda dzis 
Źródło: http://historia.org.pl/2014/02/15/35-rocznica-katastrofy-w-rotundzie-pko-w-warszawie/

poniedziałek, 25 marca 2019

20 faktów o Polsce

Dla nas większość z tych faktów jest oczywista, ale to może zaskoczyć lub wydać się dziwnym obcokrajowcowi. Tych informacji mieli prawo nie znać. Autora prac nie znamy, ale jego spostrzeżenia są celne.

#1. "Burek" jest najpopularniejszym imieniem dla psa w Polsce


#2. Polacy biorą ślub najszybciej w całej Unii



#3. Polska jest największym eksporterem bursztynu na świecie



#4. 90% Polaków ukończyło co najmniej szkołę średnią



#5. Polski astronom Mikołaj Kopernik był pierwszą osobą, która stwierdziła, że Ziemia może nie być centrum Wszechświata



#6. Polski astronom Jan Heweliusz wydał pierwszą mapę Księżyca



#7. Polacy jedzą pizzę z ketchupem



#8. Blisko 35% z 60 mln Polaków żyje poza granicami ojczyzny



#9. Nazwa "Polska" pochodzi od Polan, plemion mieszkających na polanach



#10. W latach 1600 – 1945 aż 43 razy Polska była najeżdżana lub walczyła o niepodległość w powstaniach



#11. W Polsce pierwsze piętro (wg zapisu zachodniego) jest oznaczone jako 0, jeśli naciśniesz "1" pojedziesz na drugie piętro



#12. Polska konstytucja była pierwszą w Europie i drugą na świecie



#13. Polacy najliczniej ratowali Żydów (ok. 450 000) z pewnej śmierci w czasie Holokaustu



#14. Polski alfabet ma 32 litery (angielski 26)



#15. Polska ma największą liczbę zdobywców tytułu "Najsilniejszego człowieka świata"



#16. Imperium Osmańskie było jedynym większym krajem, który nie uznał rozbiorów Polski



#17. Fashion TV została założona przez Polaka, Michała Adama Lisowskiego



#18. Marka Max Factor została stworzona przez Polaka Maksymiliana Faktorowicza



#19. W Polsce filmy emitowane są z lektorem, a widzowie w tle mogą słyszeć przyciszone oryginalne dialogi



#20. Polska jest jednym z nielicznych krajów, gdzie kultywuje się tradycję całowania kobiet w dłoń


Źródło: http://thisispoland.tumblr.com/